Ciężko jest znaleźć basidło, które będzie kosztować poniżej tysiaka, a warte będzie więcej, niż samo drewno użyte do jego budowy. Są jednak fajne opcje, które kosztują w granicach 6 stówek, a gadają jak najbardziej przyzwoicie. Jedna z takich opcji jest Washburn T14.
Gitarka na pierwszy rzut oka prezentuje się bardzo ładnie – fotki występujące w większości sklepów nie oddają w pełni urody wiosełka. Poniżej możecie „naocznie” przekonać się, jak różni się wiosło na fotce poglądowej, a jak wygląda w rzeczywistości. Moim zdaniem „real” wypada na korzyść T 14-tki. Wysoki połysk, bardzo przyjemny kolor, staranne wykończenie podstrunnicy i progów – jest w porząchu. Dostępne są kolory jednolite – koniakowy (zdjęcie), naturalny mat (bardzo ładny), czarny, oraz kolory „pręgowane” - czerwony i niebieski – już nieco gorzej wyglądające, raczej dla tych, co lubią bajery. Za prezencję wiosło dostaje solidną piątkę, za wielość opcji kolorystycznych – nawet z plusem.
Bierzemy do ręki – o! Jakie to lekkie! Korpus gitary jest dość niewielki, jak to w Washburnach. Stwarza to konieczność dobrego doboru paska, ponieważ waga gryfu może powodować opadanie gitary „na łeb”, czyli ściąganie gryfu w dół. Można, oczywiście, to wyważyć, ale producent mógł jednak ciut lepiej to zrobić. Nie po to się bierze gitarę do łapy, żeby na dzień dobry pieprzyć się z wyważaniem paska. Minus. Akcja strun jest niska, dźwięki bardzo łatwo jest docisnąć – plus. Gryf jest wygodny, aczkolwiek dość specyficzny – bo bardzo wąski. Nie jest to na pewno old-schoolowy Fender, gdzie struny są od siebie oddalone niczym wsie na Mazurach. Tu mamy druty obok siebie, co wymaga opanowania jako-tako techniki, zwłaszcza w okolicach początku gryfu. Wiosełko całkiem ładnie brzmi „z deski” przy graniu slapem, mostek daje się ładnie wyregulować – jak na wiosło w tym przedziale cenowym – stroi bardzo przyzwoicie – zajebisty plus.
Zajrzyjmy w zakamarki – widać, że to Made in China – gdzieniegdzie farba nie jest idealnie dociągnięta, łączenie gryfu z korpusem wydaje się być dość toporne, ale za taka kasę nie ma co wymagać cudów. Wykończenie nie ma prawa być takie samo jak w wiosłach z wyższej półki – w końcu to taśmowa robota. Jest tak, jak być powinno – to, co być MUSI, jest zrobione jak trzeba, a reszta po prostu daje radę.
Brzmienie – największa zaleta T14 to układ przystawek P&J, czyli humbacker na mostku i rozłożone cewki przy gryfie. Daje to w miarę wszechstronne brzmienie, z mocnym środkiem i dołem nie mulistym, a wyposażonym w selektywny atak. Troszkę szkoda, ze decha jest tak mała – może sound byłby nieco bardziej potężny, ale źle nie jest. Po prostu wiosło brzmi tak, jak kosztuje. O niebo lepiej niż jakieś SkyWay-e czy Soundery, słabiej od profesjonalnych pickupów i gitar za 1500-2000 zeta. Daje solidny, mocny ton, można wykręcić kilka odmiennych brzmień, ale nie jest to nic ultra-profesjonalnego. Inna sprawa, że ktoś, kto by chciał zawodowe brzmienie z gitary za 6 stówek, musi liczy się z łatką naiwniaka.
Sumując – w ogólnym rozrachunku, T14 to bardzo zgrabna gitara basowa. Kosztuje niewiele, a daje całkiem sporo. Pamiętać należy głównie o tym, że jet to dość lekki, wąski basik, o jasnym, wyśrodkowanym brzmieniu. Jeśli ktoś lubi ciężkie, masywne, potężne „krowy”, zwaliste, niczym Miss Niemiec, to niech skieruje swoje oczka gdzie indziej. A jeśli komuś potrzebne jest coś lepszego od gówna w stylu SkyWay, i nie przeszkadza mu niska waga i filigranowość T14 – może w ciemno kupować. Lepszej oferty w tej cenie nie ma. Ewentualnie Ibanez GSR180 – to podobna półka.
Gitara basowa czterostrunowa. Korpus wykonany z drewna lipowego, gryf klonowy, podstrunnica palisandrowa (24 progi). Pickup'y w układzie P&J. Elektronika pasywna. Klucze die-cast. Potencjometry: volume, tone i mix. Cena - obecnie w okolicach 580 - 640 PLN. Wygląda tak:


Dodaj swój komentarz