Kiedy dowiedziałem się, że Alice in Chains powracają z nowa płytą, uradowałem się niezmiernie. Jeden z zespołów tworzących historię grunge w końcu wraca do boju! Yeah! Zwłaszcza w obliczu posuchy na dobre, zdrowe, rockowe granie - dookoła tylko gejowate kapelki złożone z kilku pięknisiów, albo brzmiące tak samo metal-core'y
Niesamowitego apetytu zrobił mi zwłąszcza pierwszy pre-singiel, czyli „Check My Brain”. Chłopina ze mnie już wyrośnięty, 30-tka na karku, także mogę o sobie mówić „dziadek w porównaniu z nastolatkami. I tak zareagowało moje ucho na tenże kawałek - „o mamo, ale fajnie, jakbym odpalił kasetę z lat 90-tych”. Klasyka gatunku, Alicja pełna gębą, cud, miód, i poczucie że jednak „dali radę”.
W końcu w łapy wpadła mi cała płyta, odpaliłem. Zaczęło się świetnie, mrocznie, minorowo, potem znowuż „Check My Brain”, no i następne kawałki. Po trzecim, czy czwartym, troszkę mnie wzięło na ziewanie. No spoko – wszystko git, klimat jest, chórki są, ale kurczę, ciągle gra to tak samo. Podobne tempo, podobne, rozjeżdżające się gitary, podciągane dźwięki itp. W moim odczuciu jest to najsłabsza strona tej płyty – małe zróżnicowanie. Utwory są do siebie podobne jak cholera, brakuje jakichś wyróżniających riffów, wpadających w ucho refrenów. No i strasznie to przypomina solowe płyty Cantrella. Wspominany przeze mnie już po raz trzeci "Check My Brain" to chyba najszybszy i najbardziej żywotny numer na płycie. A nie jest przecież jakiś niesłychanie szalony.
Z drugiej strony album jest bardzo spójny, widać, że dopracowany, stanowiący zamkniętą całość, a nie, jak np. „Chinese Democracy” gunsów, rozpieprzony w 30 stron świata. Troszkę się bałem, że z Alicją też tak będzie, bo wiadomo – inny wokal, kilka lat zawiechy itp. Balladki są ładne, żywcem w stylu ”Jar of Flies”, no i przede wszystkim – nowy wokalszczyk stanął jak najbardziej na wysokości zadania. Jest też czasem ciężarnie - z singlem "A Looking in view" na czele, który paca całkiem przyzwoicie. Płyty o wiele przyjemniej się słucha oglądając teledyski - jakoś natychmiast zaczyna to nabierać kolorów i głębi.
Sumując i nie wdrażając się w jakieś zawiłe filozofowanie, płyta jest bardzo klimatyczna, kompletnie niekomercyjna, psychodeliczna i stawiająca na klimat. Mało za to na niej chwytliwych, od razu wpadających w pamięć riffów, brakuje przebojowości. Fani tej „smutnej” twarzy Alicji na pewno będa wniebowzięci, ci, co znają zespół od strony „hiciorów” w stylu „Angry Chair”, „Man in the box", czy „Rooster” - mogą nieco przysnąć i poczuć się przytłoczeni nawałą melancholii. Ja muszę mieć wybitnie chęć na taką właśnie płytę, żeby odpalić, a np. do playera mp3 na ulicę wybieram jednak coś bardziej żywotnego. Co nie znaczy, że płyta jest zła – przeciwnie, jest bardzo ambitna, po prostu widać ja się nie znam i docenić nie umiem:). Bo ja to pozer jestem.
inne klipy mozna obejrzeć sobie na stronie zespołu
Mi w zasadzie tylko "Black
Mi w zasadzie tylko "Black Gives Way To Blue" został we łbie, świetna balladka. Reszta przeciętna do bólu, niestety.
fuck yeah
Z pewnością jest to dobra
Z pewnością jest to dobra płyta, jeśli nie bardzo dobra. Zapewne najwięcej kontrowersji wśród fanów budzi nowy wokalista. Cóż... Moim zdaniem śpiewa dobrze, nie ma co narzekać na to jak spisuje się na płycie, ale na pewno nie śpiewa na poziomie Staleya; na koncertach zdarza mu się fałszować, i chyba mimo wszystko nie jest tak charyzmatycznym frontmanem. To w zasadzie żaden wstyd. Nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek osoba zastępująca Staleya mogła zyskać pełną aprobatę fanów, nawet jeśli śpiewa się bardzo dobrze.
Wydaje mi się, że mimo wszystko Duvall niektórych piosenek tykać po prostu nie powinien.
kawałek "A Looking in view"
kawałek "A Looking in view" paca jak najbardzej, brzmienie wgniata w podłgę
weź szatana na barana
Dodaj swój komentarz