Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem opisania jednej rzeczy, która mnie dogłębnie dziwi. Dlaczego, do diaska, niektórzy muzycy decydują się na odejście z zespołu, który jest na absolutnym topie? I dlaczego w 99% przypadków kończy się to spektakularna klapą i zespołu, i tego, który odszedł? Przykłady? Proszę bardzo...
Najbardziej jaskrawe przejawy samobójstw muzycznych, które wręcz kłują w gałki, to nasze „wspaniałe” wokalistki. Pierwsza z brzegu – Kasia Stankiewicz. Wyjęta przez Jansona z „Szansy na sukces” zaśpiewała „Orła cień”, płyta poszła jak świeże bułeczki, kawałki nuciła cała Polska. I nagle jeb! Kasia odchodzi robić karierę solo. No, to zrobiła. Zacytujmy: „chcę tańczyć długo aż tobą będę mokra, nim dotkniesz mnie zatańcz dla siebie”. Zgroza... Słyszałem kawałek płyty solo – przy takiej muzie nawet wybitny klaun dostanie depresji głębszej od jeziora Bajkał. Bez polotu, bez energii, bez przesłania, krótko mówiąc – chujnia z grzybnią, z patatajką. A jeszcze te teksty Kasi, że ona w tą płytę włożyła ostatni grosz, ba, nawet mieszkanie zastawiła. Naiwna – myślała, że ma nazwisko. A Janson? No cóż, znalazł nową śpiewaczkę... Coś tam nagrali i osiągnęli, zanim ją posłał na wózek inwalidzki, ale to już były popłuczyny, a sam Janson zajął się produkowaniem piosenek dla min. Ewy Sonnet (tak, tak – TEJ Ewy Sonnet).
Tatiana Okupnik – następna mądra. Fakt, Rurak – Sokal to totalny buc, wszyscy w branży mówią, ze nie znosi, jak ktoś cieszy się większa popularnością od niego. Ale co z tego – to on wymyśla hiciory. Tatiana stara się jak może, przy wsparciu swojego faceta – właściciela sieci restauracji Sphinx - wrócić na szczyt, ale... Płyta solo jest ni w chuj, ni w oko – ani dance, ani latino, ani pop. Ot – pierdu pierdu o miłości, naturalnie w 3 językach, bo Tatiana chwalić się lubi, jakiś tam bicik w tle leci, ale zapytam się – zanuci ktoś choć fragment jakiejkolwiek piosenki Tatiany solo? Nie? No właśnie – bo to kolejne flaki z olejem, jakich mnóstwo. I nawet supportowanie Rolling Stones (skandal!) nie pomoże. A Sokal? Tak się obraził na babskie fochy, że następną wokalistkę najpierw wydymał, a dopiero potem wziął do zespołu, przy okazji waląc ściemę widowni pod postacią ustawionej od samego początku „szansy na sukces”. Ale moim skromnym zdaniem, niewiele to dało, Blue Cafe z Tatianą to było coś – w porównaniu do reszty naszej sceny eksplozja energii i melodii. A teraz? Po raz milionowy żałosna piosnka o miłości – nadająca się wyłącznie do tego, żeby na szkolnej dyskotece 16-latkowie mieli przy czym capnąć koleżankę po ciemku za cycki.
Najgenialniejszy przykład to Helena Mlynkowa. Brathanki grały, aż iskry szły. Ale, oczywiście, Helenka postanowiła zrobić mega-zajebistą karierę solo, bo zespół był zbyt ciasny jak na jej perspektywy. No to ma – nie zaśpiewała nic od paru lat, Brathanki grywają po piknikach dla pracowników Pepsi-Coli, a jedyne, czym sama zabłysnęła, to małżeństwo z Łukaszem Nowickim (syn aktora Jana) i upadek z uszkodzeniem kręgosłupa w „Tańcu z gwazdami”. Brawo!
Przykłady wokalistek można by mnożyć w nieskończoność – Anita Lipnicka solo strzela takie knoty, że tylko woskiem oblać i świece klecić. Kasia Nosowska nie odeszła z Hey'a, ale jej dokonania solowe z tekstami w stylu „a brudne łona kobiet złych” powodują skręt dupy w poprzek. A jeszcze mamy np. Beatę Kozidrak i wiele, wiele innych.
Zaraza dotyka również największych rockmanów. Koronny przykład to Guns and Roses. Dżizas, co to była za kapela – to już nie był zespół, to była religia! Tłumy ludzi, non stop wielkie hity, kolesie rozpoznawalni prawie tak, jak Michael Jackson. No i nie wytrzymali ciśnienia. W końcowym stadium panowie jeździli osobnymi autobusami, bo nie mogli już na siebie patrzeć, nawet „Use Your Illusion” nagrywali w studiu osobno, a widywali się tylko podczas koncertów i sesji zdjęciowych. Po rozstaniu każdy orze, jak może, ale nie ubliżając Velvet Revolver (Slash+Duff+Matt) – to nie ten poziom. Ten sam problem ma Axl Rose, który zatrudnił paru sesyjnych i udaje, że Guns and Roses wciąż trwa - a płyta „Chinese Democracy” przeszła bez echa, choć oczekiwana była niesłychanie. Trudno jednak wymagać, by zrzut utworów z 10 lat, nagrywanych w bólachi stękach stanowił integralny, dobry album. AXL-owi nie pomagają mu ani nowe fryzury, ani operacje plastyczne, dzięki którym jego pysio wygląda jak za młodu. Coraz mniej osób chce mieć z nim cokolwiek wspólnego z racji fochów, jakie wyczynia wszystkim dookoła. A co do GnR - po prostu chłopaki mogli funkcjonować wyłącznie jako team, a każdy osobno jest malutkim ułamkiem całości. Razem – podbili świat, osobno – są tylko dobrymi muzykami.
Zobaczymy, jak pójdzie Tarji Turnen z zespołu Nightwish, która została wyrzucona z kapeli przez resztę składu za to, że nie dało sie z nią już zupełnie wytrzymać, tak gwiazdorka skręciła jej dekielek. Uważała, ze wolno jej opuszczać próby, udzielać osobnych wywiadów, olewać to, co jej mówiono, bo zespół był już tylko dodatkiem do JEJ wspaniałego talentu. No to chłopcy pożegnali się z nią w dość wredny sposób (czymś w stylu listu otwartego zamieszczonyego w gazetach, gdzie podziękowali za współpracę), płyta solo w drodze, ale Nightwish już z Anetką w składzie święci tryumfy - im zmiana wyszła na dobre.
Na polskiej scenie mamy wiele podobnych przykładów. Cugowski opuścił Budkę Suflera po to, by robić karierę w USA. Wrócił szybciej, niż wyjechał – nikt go nie chciał słuchać solo. Budka popełniła „Jolkę” i z radością przyjęli Cugosia z powrotem, bo też im konta zaczęły wysychać. Na szczęście mieli na tyle rozumu, by bez fochów zejść sie z powrotem. Oddział Zamknięty do dzisiaj nie może wyjść z cienia – zmiany wokalistów, gitarzystów i menagerów spowodowały, że obecnie zespół ten to „szara strefa”. Illusion miażdżyło z płyty na płytę coraz bardziej. Obecnie Lipa próbuje klecić muzę, która zła nie jest, ale do poziomu i czaru Illusion nie ma nawet tego co porównywać – jest baaaardzo daleko. Acid Drinkers młóci swoje, ale po odejściu Litzy to też już nie ten sam zespół – gdzie metalowe hity, wręcz hymny, które trafiały na Strip-tease, Infernal Connection czy State of Mind Report. I tak dalej, i tak dalej.
No i przykład z ostatnich miesięcy - Agnieszka Chylińska. Jeden z najlepszych głosów damskich na naszej scenie muzycznej, twórczyni czegoś, co już śmiało można było nazwać "własnym stylem", autorka stada przebojów, nuconych pod nosem przez ludzi każdego dnia. ONA było zespołem wybitnym, i miało wszystkie atuty. Solowe płyty Chylińskiej jakieś koszmarne nie były, ale prawdę mówiąc, ani jednego przeboju z prawdziwego zdarzenia nie przyniosły. Za to to, co Aga zapodała nam ostatnimi czasy, czyli płyta "Modern Rocking"... Powiem krótko - "ja pierdolę". Metamorfoza w roztańczoną, wypindrzoną disco-bitch nawet nie śmieszy, raczej żenuje. Ok, rozumiem, "sie dorosło", ale chyba na mózg upadło jednocześnie, co?
Konkluzja moim zdaniem jest prosta. Albo zaczynasz i kończysz sam, jeśli jesteś wystarczająco dobry – uda ci się samodzielnie splaszczyć świat, lub ostatecznie samotnie strzelisz sobie w łeb. Albo masz kupli, z którymi dobrze ci się gra i od razu widać, że maszyna działa, ze tryby pracują, że drużyna turla się jak złoto – i trzymasz się tego, pracujesz nad tym, nakręcacie się nawzajem. Bo jeśli ktoś osiąga sukces z zespołem i przewraca mu się w dupie – że to jego zasługa, bo jest niepowtarzalny i mega-zajebisty – pewnym jest, że upadek będzie straszny.
Wokalistki, które odchodzą robić karierę solo, bo jakiś cwaniaczek nawkładał im w ucho „będziesz sławna, oni (zespół) cię hamują, to ciebie ludzie kochają, ciebie, i tylko ciebie”. Muzycy, którzy rozwiązują składy, bo uznają się za doskonałych i wszechwiedzących i pragną jednostronnie dyktować warunki. Liderzy, którzy nie potrafią znieść myśli, że czasem trzeba iść na kompromis. Wy wszyscy, którzy nie chcecie dzielić się z nikim i macie tak głębokie przekonanie o swojej wyjątkowości. Pamiętajcie. Ludzi się nie oszuka. Każde, choćby największe nazwisko stanie się niczym, jeśli zacznie serwować kupę. A taki upadek będzie bolał dwukrotnie, zwłaszcza, jeśli spali się za sobą mosty. Czasem warto nagiąć karku i zamordować własne ego w imię współpracy z innymi ludźmi. Bo tylko wtedy jest szansa na sklecenie czegoś naprawdę wybitnego.
z Trujillo Meta wydala jedna
z Trujillo Meta wydala jedna plyte a z Newstedem chyba z 5 ;p
Nie jest wolny. Pamięta ktoś
Nie jest wolny. Pamięta ktoś dzisiaj oryginalny skład Vadera? Inny przykład: ile hitów (ale naprawdę hitów, a nie singli puszczanych w np. VH1) miała Metallica za czasów Newsteda, a ile ma z Trujillo? Jedziemy dalej: ilu młodzieńców na klubowym koncercie zdecyduje się zagrać cover z solowej płyty Serja Tankiana, a ilu będzie pogować przy np. Toxicity? Jakby poszukać, to pewnie znalazłoby się jeszcze kilka przykładów.
Ziggy
I wreszcie jakiś portal, na
I wreszcie jakiś portal, na którym orwarcie mówi się o takich rzeczach! Niestety, smutna prawda jest taka, że to wszystko prawda. No ale, jak to mówią: daj palec... I stąd to się bierze. Na szczęście metal jest raczej wolny od takich cudów :)
Metal up your ass!
by Cliff Burton [*]
Dodaj swój komentarz