Oto przed Państwem autentyczny zapis rozmowy, podsłuchanej przez latające ucho Rockfana. Dwóch nikomu nieznanych kolesi pokłóciło się o zasadność wyrażania treści w muzyce w języku ojczystym, tudzież uniwersalno – angielskim. Czyli po ludzku: po jakiemu lepiej gadać i ryczeć.
- Drogi kolego, słyszałem dzisiaj wspaniałą piosenkę. Miała genialną melodię – refren gnębi mnie już trzy dni. Myję się – nucę, otwieram lodówkę – polędwica nuci TEN motyw, nadepnięty kot miauczy – jakoś znajomo. Mam tylko pewien problem – nie mogę zanucić tej melodii inaczej, niż „tam tam tararararam”. Wyobraź sobie, że artysta był polski, ale dał głos po angielsku. No nie znoszę tego – ni grzyba nie można zrozumieć, o czym tam gaworzą.
- No cóż, mój przyjacielu... Uważam, że problem Twój jest wynikiem tylko i wyłącznie Twojej ignorancji i nieuctwa (chamie bez szkoły!!!). Gdybyś poświęcił parę lat na wkuwanie słówek, wiedziałbyś, jak szerokie perspektywy niesie ze sobą rozumienie tekstu piosenki śpiewanej w znienawidzonym przez Ciebie języku. Jak ktoś nie umie – to nie lubi, prawda? Najłatwiej powiedzieć: „nie kumam, to mi się nie podoba i nie powinno tak być”.
- Absolutnie się z Tobą nie zgodzę, kolego. Nauka to moje pierwsze imię, a Wiedza drugie, na nazwisko mam zaś Rozum. Po prostu sądzę, że skoro jesteśmy Polakami, powinniśmy nie bawić się w udawanie kogoś innego – i śpiewać po Polsku. Automatyczne małpowanie tego, co napływa z zewnątrz zabija to, co nasze, rodzime i cenne.
- E tam, pierdzielisz jak szef Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”, albo jak minister edukacji. Tożsamość? Kultura? Spoko – ale w rocku? Kogo to obchodzi! To nie Teletubisie! Tu się piwo pije i szarpie druty, a nie duma o powstaniach i pisze wiersze o tragicznych romansach. Tu się liczy ton, uderzenie, walnięcie, łupnięcie i „pałer”, a nic nie zapewnia dobrego uderzenia i brzmienia, jak język, który komponuje się z całością. Chcesz, czy nie chcesz – najlepiej brzmiącym ozorem jest angielski...
- A może tak tylko nam się wydaje??? Po prostu większość komercyjnych mediów pochodzi z krajów anglojęzycznych. Nic dziwnego, że koledzy puszczają i sprzedają to, co jest po ichniemu. Każda sroczka swój ogonek chwali, to i pokazuje innym.
- Spoko, ale nikt nie zmusza takiej RMF-ki do puszczania angielskich i amerykańskich kawałków. Po prostu to się ludziskom podoba, tego chcą, to i takie właśnie kawałki lecą. Popatrz – ile płyt sprzedaje Britney Spears, a ile Kasia Cerekwicka (ha, ha,ha)? Jest porównanie?
- Tak, ale zauważ, ze te największe przeboje w Polsce, które przez długi czas śpiewa cała sala, napisane są i zaśpiewane po Polsku. Na weselach ludzie nie chcą „One more time”. Chcą „Hej, sokoły”! Obcy język nie jest w stanie oddać w pełni emocji towarzyszącej piosence. Owszem - fajnie jest, ale żeby zakumać o co chodzi, trzeba wiedzieć, o czym śpiewają w tym lesie. A angielski tego nie zagwarantuje, choćby był na najwyższym poziomie.
- Absolutnie nie zgodzę się z Tobą. Ja słuchając piosenek kapel zachodnich i polskich (śpiewających po angielsku) chwytam emocje jak dobry piorunochron. Dla mnie jedyny wyznacznik, to poziom kapeli i zdolność przekazu, dla mnie niezależna od języka. No i ważna sprawa – rytmika języka. Każdy lingwista potwierdzi, że angielski fonetycznie bardziej się nadaje do śpiewania, niż polski ze swoimi „sz”, „ś”, „ź” i innymi takimi.
- Do mnie za to o wiele bardziej trafia „kocham cię, mała...” zamiast „i love you, baby”. Różnica, jak między domowym schabowym, a wysuszonym hamburgerem z macdonalda. Jedno i drugie można zeżreć na obiad, a różnica diametralna. A jeśli chodzi o przydatność języka do śpiewania – polski jest wspaniały!!! Trzeba tylko mieć coś do powiedzenia, a nie pozostać przy „boję się, że nie kocham cię, bo co tu kryć, tak musi być”. Proszę posłuchać Illusion, Comy, Iry i wielu, wielu świetnych kapel z podziemia – oni wiedzą, jak ubrać myśli w słowa. I wcale „sz” i „ć” im nie przeszkadza.
- No dobra, ale ileż jest wspaniałych kapel śpiewających po angielsku! I to właśnie one trafiają ze swoim przesłaniem do milionów fanów, którzy jakimś cudem doskonale czują dźwięki i słowa, choćby na co dzień porozumiewali się mieszanką chińszczyzny i anglo – pidżinu. Może to i przykre, ale wkurzać się na śpiewanie po angielsku to tak, jakby obrazić się na komputer, że musi mieć klawiaturę. Jest to język uniwersalny w skali światowej, koniec, kropka. Finalizując moje wynurzenia – w drodze selekcji ludzie wybrali język, który jest najprostszy, najmilszy dla ucha i zapewnia najlepszą rytmikę w połączeniu z muzyka – pogódź się z tym, albo odejdź zgorzkniały.
A ja się nie zgodzę – uważam, że każdy powinien wyrażać swoje myśli i uczucia w języku mu najbliższym. Skoro my jesteśmy Polakami – śpiewajmy po polsku. Tylko w ten sposób można się w pełni wysłowić, i nie będziemy tępo małpować madafakerni i procho-rockmanów z zachodu.
Konkluzja Rockfana.pl – nie małpuj nikogo, nawet tych, co są anty-małpowiczami. Rycz, krzycz, śpiewaj, graj na skrzypcach jak ci się żywnie podoba – po rusku, czesku, od tyłu, bez sensu, na niby i przy użyciu myjki do lufcika – to Twoje święte prawo. W muzyce nie obowiązuje ŻADNE „powinno się”...
Dodaj swój komentarz