Wiadomo, że rock and roll rujnuje. Niektórzy lubią jednak zrujnować się do kwadratu. Oto najwięksi bibosze i rozpustnicy w branży (część uhonorowana naturalnie pośmiertnie).


Poison – napompowane dragami, wódą i makijażem nocne eskapady zespołu Poison przeszły do legendy. Zachowywali się jak stereotypowi „źli chłopcy” nawet pomimo tego, że wyglądali jak dziewczyny. Nie ma jednak róży bez kolców – w 1991 roku wokalista Bret Michaels i gitarzysta CC DeVille natłukli sie po ryjach w czasie ceremonii rozdania nagród MTV. Obaj byli nawalenia jak stodoły, dla obu był to koniec kariery. A nie, sory – Michaels czasami pierdoli coś na MTV, raczej ku przestrodze niż o rock and rollu.

Van Halen – David Lee Roth kiedyś powiedział - „miałem problem z narkotykami, teraz zarabiam wystarczająco dużo”. Pewnie dlatego w 1996 roku zaaresztowano go w Nowym Jorku podczas próby zakupu marychy o szóstej rano, w samej piżamce. Hera nie dawała spać? Trzech wokalistów później Eddie Van Halen poszedł na odwyk w wielu lat 52. To tyle w temacie „godnej starości”.

Janis Joplin – Pierwsza Dama rocka, xywa Perła, jednocześnie jedno z największych gardeł i najszerszych żył w branży. Ukochany koktajl – Southern Comfort obowiązkowo zaprawiała heroiną, w końcowym stadium podczas śpiewania, jedzenia, w nocy i w dzień, przed i po wszystkim. Zmarła mając 27 lat, ale wiedziała, że nie będzie żyć wiecznie. W testamencie zawarła specjalną kwote 2500 dolców z adnotacją „drinks are on Pearl” („Perła stawia”). Oto klasa.

Scott Weiland – facet miał tyle przygód z prochami, że powinno sie jego imieniem nazwać całe skrzydło Stanowego Sądu w Los Angeles. Prawie fiknął, rozpieprzył tez wszystkie kapele. Z dołka wyciągnął go Duff z GnR zapraszając do śpiewania w Velvet Revolver. Gość jest czysty od trzech lat, ale i tak żre się z żoną. Ostatnio sfajczyła mu wartą 10 000 $ garderobę po kłótni w hotelu.

Stevie Nicks (Fleetwood Mac) – cała kapela generalnie spędziła lata 70-te wyżej od latawców. Swojemu dostawcy koki podziękowali uroczo – wypuszczając koszulki z jego podobizną. Stevie tak przejarała sobie nocha, że podobno zatrudniła specjalną osobę do wdmuchiwania dragów w nieco trudniej dostępne miejsca. Co prawda zaprzecza tej plotce, ale potwierdza za to, że przez nos jest w stanie przeciągnąć „baardzo sporą obrączkę”.

Iggy Pop – gość odstawiał wszystko. Najbardziej niebezpieczny człowiek rock and rolla pokrywał się masłem orzechowym, kradł kokę małpom w laboratorium analitycznym, ćpał, kradł, bił, niszczył itp. Iggy to pogańskie bóstwo samozniszczenia, którego trwanie jest niemal cudem.

Sid Vicious – jedna z największych pomyłek rock-biznesu. Na zachowaniu Sida i jego kapeli – Sex Pistols – skupiało się tyle uwagi, że uwadze wszystkich umknął fakt, iż był to chyba najgorszy basista na świecie. Wszyscy podniecali się tylko jego ekscesami: bójkami, przeklinaniem na wizji, cięciem się na scenie i pochłanianiem gór heroiny. W końcu pewnego dnia, Sid obudził się w towarzystwie zarżniętej koleżanki – Nancy Spungen, podczas oczekiwania na proces, zaćpał się na śmierć. To takie romantyczne...

Rolling Stones – Brian Jones – dawny gitarzysta zespołu – grzał LSD tak ostro, że reszta składu po ciuchu odłączała mu gitarę na scenie. Facet kipnął trzy tygodnie po tym, jak w końcu Jagger wywalił go z kapeli. Keith Richars zaś powinien umrzeć już ze 20 razy, z czego połowę w samych latach 70-tych. Walił dragi tak ostro, że nikogo w sumie nie zdziwiło oświadczenie, że wciągał do nosa nawet skremowane resztki tatusia (podobno żartował).

Ozzy Osbourne – PETA raczej nie wybierze go na swojego przedstawiciela po tym, jak w trasie z Motley Crue wciągnął do nosa cały rząd mrówek i odgryzł łeb nietoperza (przypadkowo). Popatrzcie na niego dzisiaj, jak snuje się po kuchni przed okiem kamery, dzieci – teraz juz wiecie, że prochy są złe, prawda?

Jim Morrison – wybuchowa mieszanka LSD, wódy, depresji i złych recenzji jego poezji zmieniła symbol seksu w obleśnego pojeba w ciągu zaledwie kilku lat. Wyciąganie fiuta na scenie zaowocowało skazaniem „Króla Jaszczurów” na kare więzienia. Jednak nie dane mu było obejrzeć wnętrza celi – w Paryżu zajebał tak ostro, że przedawkował, a szef klubu przerażony mogącymi go spotkać kłopotami, kazał zanieść go do jego pokoju hotelowego, gdzie po cichutku Jimmi sobie skonał w wannie.

Led Zeppelin – podczas tras potrafili „obsłużyć” napaloną fankę surową rybą, jeździć motocyklami po korytarzach hoteli, kupić cały pub, kiedy mówiono im, że czas zamykać. Perkusista – John Bohnam wykitował uduszony własnymi wymiocinami. Ostatni posiłek? - śniadanie z czterech poczwórnych wódek i zawijas z szynki. Wystarczyło...

Courtney Love – wystarczy spojrzeć – na twarzy widać każdy gram każdego draga, który kiedykolwiek zajebała

Keith Moon – perkusista The Who nazywany był „Moon the Loon” (Moon – czubek). A przecież jedyne, co robił po prochach to: jazda po mieście w nazistowskim mundurze, topienie rolls-royce'a w hotelowym basenie, wybijanie sobie samemu zębów w narkotycznym szale i wiele, wiele innych. Zawsze pełen LSD, pigułek, hery i wódy, kopnął w kalendarz w wieku lat 32. W dodatku był to żart ostateczny – faceta znienacka zabiło lekarstwo, które miało hamować go przed piciem:).

Motley Crue – hmm, od czego by tu zacząć. Najwięksi narkomani jacy kiedykolwiek wzięli do ręki instrument? Jak kończyły im się prochy, wstrzykiwali sobie w żyły Jacka Danielsa, kiedy skończył się Daniels, Vince Neil pojechał po zapas, rozbijając samochód i zabijają kumpla z branży – gościa o xywie Razzle. Nickie Sixx nawet na jakiś czas umarł – kiedy w 1987 przedawkował herę, ogłoszono go zmarłym. W ostatniej chwili udało się go reanimować. Nikt nie wie, jak udało im się przeżyć – opary lakieru do włosów powinny juz ich dawno pozabijać, pomijając proszki.
Brakuje GG Allina, ma miejsce
Brakuje GG Allina, ma miejsce honorowe na tym podium :)
fuck yeah
Dodaj swój komentarz