Muzyczne Oświecenia

 Witam! W artykule dzisiejszym, działając trochę naprzeciw ogólnemu nastrojowi przygnębienia i rezygnacji, chciałbym przedstawić kilkanaście przykładów muzycznego olśnienia/rezurekcji, które zaobserwowałem w ostatnim czasie. O co chodzi?

 

Artykuł przeplatany jest krążkami zespołów dobrze nam znanych, cenionych, które po słabszej płycie dowaliły ostro do pieca (ewentualnie po dobrej płycie zrobiły jeszcze lepszą) i nowymi, świeżymi wykonawcami, którzy swoimi debiutami przywróciły mi wiarę w muzykę nie tylko stricte rockową.

 

Jeżeli szukacie czegoś nowego, czadowego, szczerego i bezkompromisowego- zachęcam do grzebania w undergroundzie. Zespoły spoza głównego nurtu muzycznego wbiły mnie w glebę bardzo wiele razy- fakt, nie jest łatwo znaleźć perełki bo większość to przeciętniaki, kseroboje czy też goście powielający ten sam schemat po raz setny- ale! Zaprawdę powiadam, warto zaprzęgnąć swojego wieprza i poszukać trufli w ściółce. Zapraszam do czytania!

 

(Wszystkie tytuły oczywiście subiektywne aż do bólu.)

 

1. Machine Head

 

Zestawienie zacznę od tegoż znanego, amerykańskiego zespołu, który pochwaliłem już w poprzednim artykule. Doszli do momentu, w którym odrzuciły ich wszystkie większe wytwórnie płytowe- z resztą trudno się dziwić, „Supercharger” był do kitu. Ich nowy ówczas krążek „Through The Ashes Of Empires”, został najpierw wydany w Europie, a w USA dopiero… pół roku później! I to po interwencji szefa Roadrunnera, który po usłyszeniu kawałków doznał olśnienia, że może jeszcze z tego zespołu coś będzie. I tak Maszynowe Łby powróciły do pierwszej ligi metalu, po nagraniu swojego epickiego dzieła „The Blackening”, które zgarnęło kilka tytułów „album roku” w prestiżowych czasopismach od 2,5 roku praktycznie nieprzerwanie grają koncerty i zagrali już ich w tym czasie ponad… 800! Tak się wraca z klasą drodzy państwo, obejrzyjcie sobie jakiś nowy koncert- forma jak nigdy, tłumy fanów, energia niesamowita. Mimo drobnych problemów interpersonalnych, mamy nadzieję, że nowy krążek (o ile wyjdzie) nas poskłada. Fuck Yeah

2. Rush

 

Na „Vital Signs” narzekało bardzo wiele osób- przede wszystkim na to, że album nie brzmi, jest mało dynamiczny, bierze udział w tzw. „loudness war” (swojego rodzaju batalii, w której zawyża się głośność numerów, przez co zyskują sztucznego „pierdolnięcia” ale tracą prawdziwą dynamikę) i jest generalnie o kant dupy rozbić. Z takimi zespołami starszej daty to generalnie zazwyczaj jest spora niewiadoma, bo często nie mają one za bardzo ochoty żeby jakoś wybić się poza szablon swojego stylu i spróbować czegoś nowego (o ile w ogóle chce im się cokolwiek nagrywać :P), ale zostałem przez Geddy’ego i ekipę bardzo pozytywnie zaskoczony. „Snakes & Arrows”, to dla mnie bezapelacyjny zwycięzca na płytę roku 2007! Bardzo dawno nie słyszałem tak stylowego krążka, mimo tego, że nie przepadam za rockiem progresywnym, a na tej płycie nie ma jego wkurwiających naleciałości (przeciągania numerów, przesycenia efektami i instrumentami itd.). Album jest bardzo rockowy, momentami ciężki, momentami piękny- w każdym razie jest bardzo wiarygodny, szczery i głęboki, każdy numer niesie za sobą inną historię i przesłanie. Polecam poczytać teksty Pearta, naprawdę warto. Geniusz taki, że 20 młodych kapel można obdzielić! I jeszcze zostanie!

 

3. Acid Drinkers

 

Tu zapewne nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale ja uparcie będę świdrował teorię, że „Verses Of Steel” do dla Acidów bardzo ważny krążek, bo na „Rock Is Not Enough…” było już średnio ciekawie. Szczerze mówiąc, to trochę ich już przekreśliłem, jako zespół, który niespecjalnie coś ciekawego i świeżego jest już w stanie zrobić. Acidzi mają jednak to do siebie, że bardzo duży wpływ na ich działanie ma to, z jakim gitarzystą aktualnie się kumają- los zesłał im w swoim czasie pana Olassa (r.i.p), który okazał się być fanem szeroko pojętego nowoczesnego metalu. Jak wyszła fuzja staroszkolnego, acidowego napieprzania i nowoczesnego sznytu? Zajebiście! Power wręcz leje się z płytki, panowie szurają po instrumentach z takim zaangażowaniem jakby ubyło im po 15 lat a numery kleją się jak klej do tapet mojej babki (tapeta nie zlazła przez 20 lat). Mam jednak pewne wątpliwości co do wyboru nowego gitarzysty- pewnym sygnałem jest to, że ostatnio Kwachy robią dużo coverów starych kawałków, a to oznacza, że zapewne na nowej płycie będzie bardziej klasycznie i żegnaj nowoczesność! A było już tak blisko zdobycia świętego gralla- sensownego połączenia starej szkoły z czymś nowym i ciekawym. Mam nadzieję, że się mylę, ale w takich rzeczach niestety mylę się nieczęsto.

 

4. Ulver

 

Wielu z pewnością kojarzy ten zespół jako ikoniczny dla black metalowej sceny. Cóż, jeżeli dawno ich nie słuchaliście to możecie być w ciężkim szoku- otóż panowie przerzucili się na tzw. dark ambient, pokwaszony psychodelą, jazdami po grzybach i swądem starej baby. Posłuchałem sobie z ciekawości krążka „Shadows Of The Sun” i przyznam, że na początku byłem lekko skonsternowany, gdyż wielbicielem tego gatunku nie jestem, jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem coś we mnie rosło- coś niezrozumiałego, jakieś uczucie, że w tej pozornej brzydocie znajduje się masa piękna. Poza tym uderzyła mnie nieprzewidywalność- symfoniczne kompozycje łamane melodiami, których boję się słuchać nawet w dzień, świetne melodie, wyśpiewywane głębokim głosem przeplatane kompletnymi dysonansami i sprzężeniami. Nie jest to rzecz na co dzień, do słuchania w drodze do pracy, do puszczenia na kompie przy grzebaniu neta- to muzyka, której trzeba poświęcić bardzo wiele uwagi i czasu, dla której trzeba zastosować specjalne względy i środki, żeby ją zrozumieć. Jeżeli jesteś znudzony rockową konwencją, to jest to coś dla ciebie- rzecz na wskroś genialna. Na próbkę, dwa moje ulubione kawałki.

http://w451.wrzuta.pl/audio/9StNIlQWIcP/ulver_-_like_music

5. The Cure

 

Fakt, Robert Smith od paru ładnych lat pisze piosenki niemalże w takiej samej konwencji, do tego czasem palnie jakąś głupotę a jego imidż i teksty piosenek podśmiardują już lekko starym serem. Nie przeszkodziło to jednak zespołowi The Cure w wydaniu zajebiście słuchalnej płytki, którą jest „4:13 Dream”. Sound jest bardzo żywy, bardzo przestrzenny, kompozycje są oryginalne i mimo tego, że słychać od razu kto gra, mają w sobie powiew świeżości. Naprawdę, albumu słucha się od początku do końca i zupełnie nie nudzi, bije na łeb wszystkie nowoczesne klony i indie rockowe smęty, które na siłę fabrykują uczucia- to jest coś szczerego, fajnego. Jeżeli macie jakiś sentyment do twórczości tych panów, dajcie krążkowi szansę, gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Jak macie młodą dziewczynę, która za wzór romantycznej piosenki stawia jakiś hit emo rocka 2010, to spokojnie możecie jej puścić „The reasons why” przy romantycznej kolacji, się zdziwi kobiecina :) Na zachętę, tenże utwór.

6. Slayer

 

Jako naturalne rozwinięcie poprzedniego podpunktu  :) Bardzo wiele napisano o tych czterech kolesiach, bardzo wiele pochwał, bardzo wiele bluzgów- oni jednak mają to sobie za nic i zdają się nigdy nie zwalniać tempa. Album „World Painted Blond” jest od początku do końca szaleńczą, bezkompromisową thrashową jazdą, która niczym kula do kręgli rozbija poustawiane w szeregu nowoczesne metalowe bandy. Dziady cholerne na sto procent mają podpisane cyrografy! Płytka jest dynamiczna jak diabli, urozmaicona i dość nietypowa jak na Slayera, pojawiają się nawet jakieś melodyjne zaśpiewy, chwytliwe riffy czy nawet elementy groove’u (chociaż te występowały już gęsto na „God Hates Us All”). Jedyna wada całości to moim zdaniem strasznie zjebane brzmienie- gitary nie mają za grosz powera i czasami brzmią autentycznie jakby były grane na cleanie. Jakość kompozycji jednak i naprawdę potężna dynamika kawałków spycha ten fakt na dalszy plan- drodzy państwo, takiego Slayera to ja się nie spodziewałem- profesjonalny, autentyczny, z elementami mentalności garażowej, bezkompromisowy, trochę nawet hiciorowy. Aż chciałoby się wesoło zakrzyknąć- NA-PIER-DA-LAĆ!

 

7.  Shrinebuilder

 

Pierwsze na liście „odkrycie”. Zespół, którego sam skład powala, otóż tworzą go ludzie, którzy grają/grali w takich kapelach jak: Neurosis, Melvins, Sleep, Om czy Saint Vitus. Nieźle, co? Tylko czy wydana w tym roku EPka daje radę udźwignąć takie brzemię? Jak najbardziej- kawałki są rewelacyjne. Mimo tego, że nie udają nawet uciekania od stylów macierzystych zespołów, to są na tyle dobre i chwytliwe, że z łatwością zainteresują przeciętnego, rockowego słuchacza. Czym pobrzmiewa? Na pewno niczym legalnym :) Bardzo wyraźne są wpływy kapel macierzystych, śpiewają trzy osoby, niekiedy kawałki brzmią jakby były pisane „pod zespół” ale nie jest to wadą, gdyż każdy z nich mimo tego ma taką osobliwą pieczęć, która natychmiast dyskwalifikuje go jako utwór np. Neurosis albo Sleep, bo tych rzeczy jest chyba najwięcej (z racji takiej, że ci panowie są głównymi kompozytorami materiału). EPka niesłychanie słuchalna, nie nudzi się i wraca na mój odtwarzacz niezmiernie często. Co prawda są tacy, co zrzędzą (i właśnie to czytają i wiedza, że to o nich :P), ale ja jestem daleki od bycia sceptycznym. Na zachętę, zajebisty „Pyramid Of The Moon”:

8. Mastodon

 

Nowa płytka jest okrutnie narkotyczna. Nie tylko pod względem tego, że cholernie ciężko jest się uwolnić od melodii na niej zawartych, ale też dlatego, że muzyka jest tak przeraźliwie przećpana, że słuchając mimowolnie martwiłem się o stan zdrowia muzyków. Nie przeszkadza to jej jednak bycia jednym z najbardziej wybitnych, rozbudowanych i jednocześnie wpadających w głowę dzieł progmetalowych, jakie dane mi było usłyszeć. Wszak jaka metalowa grupa o stosunkowo niedużym stażu dorobiła się już swoich naśladowców sporego formatu (Baroness, Kylesa)? Zjawisko niespotykane, dość dobrze obrazuje siłę rażenia ich muzyki. „Crack The Skye” to zbiór siedmiu długich opowieści. Jest to concept album, który forsuje bardzo interesującą historię, bardzo ciekawie opisaną. Mały przykład, który pokazuje zawiłość i dwuznaczność historii:

 

I flew beyond the sun before it was time
Burning all the gold that held me inside my shell
Waiting for you to pull me back in
I almost had the world in my sight

Lost love
Bright eyes fading
Faster than stars falling
How can I tell you that I've failed?
Tell you I failed

Falling from grace cause I've been away too long
Leaving you behind with me lonesome song
Now I'm lost in oblivion

I tried to burrow a hole into the ground
Breaking all the fingers and the nails from my hands
The eyes of a child see no wrong
Ignorant bliss, impending doom

Ciekawe prawda? Całość jest jeszcze ciekawsza, a powyższy fragment pochodzi z kawałka “Oblivion”. Dodatkową atrakcją jest trzeci wokal perkusisty (świetny z resztą). Generalnie album brzmi nieco mniej metalowo od poprzedników, bardziej hołduje klasycznym twórcom muzycznego kwasu (Zappa, King Crimson) co słychać niejednokrotnie. Nie da się jednak absolutnie pomylić tego zespołu z żadnym innym, styl ma zupełnie unikalny i oryginalny, co w dzisiejszych czasach jest cholernie trudną rzeczą. Wielka sprawa, nawet w porównaniu z poprzednimi ich wypustami.

9. Lamb Of God

 

„Sacrament” był zajebisty. Jaki więc mógł być „Wrath”? Bardziej chwytliwy, kłaniający się w stronę masowych gustów, bardziej ugładzony? Owszem, i jestem pewien, że wiele zespołów poszłoby tą drogą, ponadto „Sacrament” był pewnego rodzaju krokiem w stronę większej przyswajalności. Klasy zespołu nie poznaje się jednak po tym, że nagrywa coś, czego się od niego oczekuje, tylko po tym, że nagrywa coś kompletnie innego i nadal jest to zajebiste. Taki właśnie jest „Gniew”, mocny w cholerę, bardziej metalowy, bardziej rozbudowany i brzmiący niesamowicie. Szczerze mówiąc, to chyba nie słyszałem lepiej wyprodukowanego albumu z ciężką muzą- nie jest tak sterylnie jak na poprzednim, gitary wyrywają z butów zachowując pewną surowość, przy czym nie całość nie jest przeprodukowana, do czego zachodnie produkcje maja ogromne tendencje. Mimo tego, że nie ma aż tylu potencjalnych hiciorów, co na poprzednim dziele, album biorę z połykiem. Jak to powiedział w jakimś wywiadzie Randy- „We are punk rock band that plays metal”, i to słychać. Punkowa energia i punkowy attitude nie są zakryte eyelinerami, drogimi ciuchami, które wyglądają jak tanie i latami grania u boku największych kapel, wręcz przeciwnie. Lamb Of God od paru lat sukcesywnie rośnie i ja bez cienia zawahania będę im w tym pomagał, bo mało jest w głównym nurcie takiego nie wykalkulowanego grania.

 

10.  Lo-Pan

 

Moje najświeższe odkrycie, propozycja dla fanów stonera. O kapeli wiem póki co stosunkowo niewiele, na koncie mają jeden krążek „Sasquanaut”, wydany w 2009 roku, który jak usłyszałem- zostałem pozamiatany. Muza grana stanowi osobliwą mieszankę korzennego stoner rocka spod znaku Kyuss, staroszkolnej psychodeli i ogromnych przestrzeni dźwiękowych. W zalewie kolejnych, mało ciekawych klonów wyżej wymienionego bandu takie Lo-Pan jawi mi się jako niezwykle, pozytywnie „inne”, a muzyka napawa mnie szczęściem i napełnia moje serce ciepłem nagrzanego piasku pustyni. Ciekawostką jest to, że wokal większość płytki śpiewa przez przester (co jest akurat moim zdaniem średnim pomysłem), ale brzmi to w tym wypadku sensownie. W dodatku barwę głosu ma momentami niezwykle podobną do Maynarda z Toola, ale nie sili się na śpiewanie tak jak on- to się ceni! Jeden z lepszych numerów na krążku, zachęcam do pozyskania do całości, bo naprawdę warto:

11. One Day As A Lion

 

“It’s better to live one day as a lion, than thousand years as a lamb.” Inspirujące zdanie, nieprawdaż? Napisane sprayem na ścianie zainspirowało dwóch bardzo znanych w muzycznym świecie kolesi do stworzenia czegoś nowego. Ten osobliwy projekt tworzą znany wszystkim dobrze z RATM Zack De La Rocha oraz były perkusista zespołu The Mars Volta- Jon Theodore. Co jest grane? Ciężko powiedzieć, brzmienie zespołu kojarzy mi się trochę z Prodigy, jeno wokale są rapowane i instrumentarium skromniejsze. Warto jest o nim wspomnieć, gdyż całe brzmienie One Day As A Lion składa się tylko z surowo obrobionych bębnów i bardzo mocno przesterowanego, starego Fendera Rhodes, który zajebiście imituje dziwne brzmienie gitary elektrycznej, kojarząc się trochę z soundem Jacka White’a. Moc ma to wszystko niesamowitą, brzmi jakby było nagrywane „na setkę”, przy tym cholernie surowo i garażowo, niczym pierwsze nagrania Rage’ów. Teksty poruszają typowo dla Zacka tematy antywojenne, flow ma niesamowity, śmiało stawiam go w mojej czołówce światowych raperów, większość z nich mogłaby się od niego uczyć jak wyzwalać furię i jak prowadzić ekspresję. Jako że wokalista jest taki charakterystyczny to ciężko uniknąć porównań z jego macierzystą formacją- nie ma tu zbyt wielu podobnych elementów, ale jestem pewien, że każdy kto lubił Rage, polubi ODAAL- ja nie lubiłem, a to podoba mi się w chuj :) Na potwierdzenie mych herezji- numer tytułowy (w końcówce drzemie MOC!!!)

 

12. Hermano

 

Średnio lubiłem post-kyussowe projekty Johna Garcii, wyzierała z nich taka tęsknota za starymi czasami, że słuchanie ich było wręcz męczące i przygnębiające, mimo pozornego poczucia wolności i radości. Na szczęście John ogarnął dupę i założył zespół porządny, solidny, od początku do końca mający sens i w końcu bez takich wyraźnych odwołań do jego ukochanego dziecka z Palm Desert. Zespołem tym jest Hermano- rzecz wyraźnie stonerowa, ale jednocześnie bardzo poza ramy tego ciasnego gatunku wykraczająca. Ostatnia płytka „Into The Exam Room” jest RE-WE-LA-CYJ-NA! Nie przesadzam tutaj absolutnie, miks hard rocka, stonera, grunge’u, który tam zaserwowano wyrywa mnie z butów, utwory są niesłychanie czadowe przy swojej bezczelnej chwytliwości a wokal Johna brzmi dobrze jak nigdy. Widocznie ktoś w końcu odciął go od komponowania numerów :) Wielka szkoda, że projekt przymiera a Garcia znowu zaczyna męczyć swoją przeszłość i założył zespół „Garcia Plays Kyuss”. Ehh, niektórzy nigdy nie są w stanie pogodzić się z przeszłością, chociaż go poniekąd rozumiem, bo sam do takich osób należę. Nie ma jednak sensu wskrzeszanie czegoś, co już dawno umarło, chociaż uczucie pustki zostaje do końca życia i wiele razy nie pozwala zasnąć w nocy. Żeby potwierdzić klasę zespołu- „Exam Room”. Mniam!

 

13. New Model Army

 

Legenda brytyjskiego podziemia, zespół szerzej znany co najwyżej z kawałka “The Hunt” który nagrała w swojej wersji Sepultura. Wielcy przeciwnicy systemu, goście grający od punku do folk, którzy stworzyli swój unikalny styl na przestrzeni 30 lat. Nie wszyscy jednak wiedzą, że dalej istnieją i z powodzeniem nagrywają świetne płyty i grają rewelacyjne koncerty (byłem na trzech- niesamowite). Powodem ich obecności tutaj jest nie tylko dyskografia niemal bez słabych punktów, jest nim głównie ostatni krążek, zatytułowany „Today Is A Good Day”. Poprzedni, „High” też był bardzo dobry, jednak ten jest zjawiskowy- zespół, po którym nikt by się tego nie spodziewał, robi numer z niemal metalową energią! Najważniejszym elementem ich działalności jest to, że wokalista śpiewa, angażuje się, daje z siebie wszystko i nadal pozostaje wiarygodny, nadal mu wierzysz. Nie mają parcia na szkło i zdają sobie sprawę, że ich muzyka nie jest „modna” (z resztą nigdy nie była), więc mogą sobie pozwolić na to, żeby mieć wszystko w dupie i grać swoje. Mimo tego, że słucham muzyki raczej rockowej, New Model Army pozostaje zawsze w czołówce moich ulubionych bandów- między innymi dlatego, że z tak wieloma rzeczami zawartymi w ich muzyce, tekstach, mogę się identyfikować, pomimo tego, że mógłbym spokojnie być synem Justina (wokalisty). Komu się to udaje w dzisiejszych czasach? Komu udaje się zjednać sobie osoby z tak bardzo różnych światów, różnych historii, różnych osobowości? A uwierzcie mi- na ich koncertach widziałem ludzi o aparycjach takich, które w życiu nie zasugerowałyby mi że mógłbym ich spotkać w takim miejscu, na takim wydarzeniu. Bezcenna umiejętność, bezcenna energia, płomień, który zdaje się nigdy nie przygasać. Dwa utwory dla niemrawych.

14. Dax Riggs

 

Mimo tego, że stosunkowo młody, w pewnych kręgach jest legendą. Niegdyś tworzył podwaliny dla muzyki sludge z zespołem Acid Bath, potem był też w rewelacyjnym Agents Of Oblivion, następnie na wzór The White Stripes stworzył męsko- żeński duet Deadboy & The Elephantmen a w międzyczasie udzielał się jeszcze w kilku innych projektach, mniej lub bardziej ciekawych. Jako że od zawsze byłem fanem jego hipnotyzującego głosu, bardzo chętnie sięgnąłem po jego solowy album- „We Sing For Only Blood And Love”. I co usłyszałem? Kilkanaście niesamowitych kompozycji, raczej akustycznych, chociaż nie stroniących od rockowo-bluesowej brudnej gitary, niesamowity, dobry jak nigdy wokal Daxa, klimat zadymionej knajpy i niedoskonałe, urokliwe brzmienie. Od razu skojarzyło mi się to z Tomem Waitsem, chociaż chemia jest zupełnie inna. Ciężko jednoznacznie określić styl, pozornie jest bardzo oldschoolowy, ale marnie skończy ten, który będzie próbował znaleźć jakieś wyraźne odniesienia do czegoś, co już było. Tego trzeba posłuchać, bo ciężko pisać. Jedna z moich ulubionych płyt rockowych, szczera energia, niesamowity klimat, umiejętności wokalne wprawiające w osłupienie. Poniżej, ulubiony numer w wykonaniu „szef + gitara”

15. Converge

 

Bardzo ciężki w słuchaniu zespół- nie zaprzeczam. Na pewno nie spodoba się miłośnikom melodyki i wyraźnych, chwytliwych riffów czy prostego metrum. Przyznam się szczerze, że mnie oni też odepchnęli na początku, ale po jakimś czasie mój stosunek zaczął się zmieniać- to było coś w stylu masochistycznej przyjemności, muzyka była momentami tak paskudna, wściekła i odpychająca, że nie mogłem się od niej uwolnić. W osłupienie wprawił mnie kawałek z poprzedniej płyty „Grim Heart/ Black Rose”, który pokazywał zupełnie inne oblicze Converge- melodyjne, piękne, głębokie. Kiedy wyszła nowa płyta- „Axe To Fall”, chyba nikt nie spodziewał się takiej dawki mocy- płyta potargała wszystkie moszny i zniszczyła wszystkie systemy. Brzmiący świetnie materiał, utwory pokręcone motywami zupełnie nieprzyswajalnymi z motywami niezwykle chwytliwymi stworzyły coś, czego praktycznie nikt jeszcze nie słyszał. W dodatku dwa ostatnie kawałki pokazały jeszcze inne oblicze tego zespołu- liryczne, spokojne, refleksyjne, trochę niepokojące. Najlepsze zakończenie płyty chyba w historii muzyki- powiadam. Materiał jest kompletnie pojechany i trzeba naprawdę dać mu czas, pozwolić sobie oswoić się z brzydotą, spróbować zrozumieć tego kalekiego potwora. Na zachętę, dwa numery bardzo ze sobą kontrastujące- chociaż nie pokazujące wszystkich twarzy Converge.

16. Black Water Rising

 

Dla kontrastu- coś ultra- amerykańskiego i stosunkowo łatwego w odbiorze- inna twarz tej samej siły. Band mało znany, dopiero wydał swoją debiutancka płytkę, która jest jednym z lepszych debiutów jakie słyszałem. Maksymalnie proste, mocne granie oparte na prostym biciu bębnów i bujających riffach. Nie ma tu jednak mowy o żadnych kompromisach- zespół jest ciężki jak ja po kolacji wigilijnej. Partie perkusji momentami co prawda są trochę zbyt proste a gitara solowa nie jest najwyższych lotów, ale to w niczym nie przeszkadza- przede wszystkim numery są niesłychanie chwytliwe, po przesłuchaniu melodie i riffy przez cały dzień tłuką się w głowie i nie nasuwają przy tym jakichś konkretnych skojarzeń z innymi wykonawcami, po prostu zespół ma swój styl, gra ostro i nie pierdoli się w konwenanse. Idealna rzecz na imprezę, do headbangowania przed kompem czy na posiadówe u kumpla, daję gwarant, że każdemu miłośnikowi cięższego rocka się spodoba. Naprawdę długo szukałem takiej mieszanki- czysty, fajny wokal, mocne riffy i przy tym świetne kompozycje, tutaj mam to wszystko, a to dopiero początek! Mamy nadzieję, że ciężarówka z napisem „Black Water Rising” jeszcze bardziej się rozpędzi! Numeros:

17. AC/DC

 

No panowie, to jest coś. Po takim czasie, w takim wieku, wydać taki album?! Toż to zakrawa na nieprzyzwoitość! Na emeryturę! Ogródki pielić! Wnuki niańczyć! Psy hodować! Hehe, na szczęście prędko panów piorunów na emeryturze mam nadzieję nie uświadczymy, bo w formie są nieziemskiej- nowa płytka, mimo tego, że nie zawiera nic nowego dla tego zespołu- niszczy! Nie wiem co takiego jest w tym zespole, że ma taki pierwiastek zajebistości, przez który człowiek automatycznie cieszy miskę jak słucha ich kawałków. Spodziewałem się kiepskiego wokalu, drętwych aranżacji, gitarek bez życia- ot, pojechanie po legendzie, wbicie paru dolarów do sakiewki i odejście na emeryturę. A tu proszę- dostałem numery, które 20 lat temu mogłyby być hitami na miarę „Back In Black” czy „TNT” (teraz nie, bo czasy parszywe, no i Lady Gaga musi mieć pierwszych 10 pozycji na liście przebojów, ma to w kontrakcie :P). Szczególnie podoba mi się numer „Skies On Fire” ze świetnym, mocnym, rockowym riffem, z rewelacyjnymi interwałami i wokalem, który zajebiście sobie pływa w tym gęstym, rockowym sosie. Mamy tu wszystko, co charakterystyczne dla AC/DC- metrum 4/4, perkusista grający cały czas jeden numer, rockowe riffy z bluesowym sznytem, świetne solówki. No i kurde, przede wszystkim duszę! Najprawdziwszą, bezczelną, piękną rebelską duszę, która drzemie w tych pięciu brzydalach, a której brakuje tak wielu dzisiejszym wykonawcom. Bo dzisiaj pany to jest CHUJ a nie rock’n’roll :P Krążek, nad którym się masturbuję to oczywiście „Black Ice”, a numer, który mnie rozwalił- poniżej (motyw od 29 sekundy rozkłada!)

18. Napalm Death

 

Ci tutaj chyba nie nagrali słabego materiału. Dziki nieludzkie, które praktycznie wymyśliły grindcore, zajebały wszystko co w tym gatunku da się zajebać a potem wyszły poza jego ramy i… dalej są zajebiści! Niezwykle wysoką formę potwierdza nowa rzecz- „Time Waits For No Slave”, która jednak jakoś nie otrzymuje należytego feedbacku bo praktycznie znikąd o niej nie usłyszałem, a jest przekozacka. Brzmienie można określić cytatem z pewnej piosenki Petera Murphy’ego- „Give me a ticket to the sonic reduction, guitars gonna sound like a nuclear destruction”, hehehe. Wokal brzmi jak stado zarzynanych świń gwałconych przez oddział górskich trolli, nie da się go z niczym pomylić- ta agresja Barneya jest cholernie autentyczna i przeszywająca. Tu nie ma ściemniania, kalkulacji i politycznej poprawności- to czyste, krwiożercze, bezlitosne Napalm Death, w dodatku z groovem jak nigdy dotąd, riffami potężniejszymi niż kiedykolwiek i pomysłami, które się większości grindcore’owców nawet nie śniły. Nawet czasami jest trochę melodyjnie! Niezmiennie pierwsza liga metalu. Singiel poniżej.

19. Carcass

 

Pionierzy ekstremalnego grania, mający już bez kompleksów status legendarny. Panowie stworzyli bardzo specyficzny styl grania, z wokalem, którego nie da się pomylić z żadnym innym- można go kochać albo nienawidzić. Pierwsze płyty były różne, czasem lepsze, czasem gorsze- moim zdaniem ich opus magnum przypada na „Heartwork” i jest to zdaje się ich najpopularniejsza płyta. Brzmienie jest naprawdę potężne- i mówiąc to, mam na myśli POTĘŻNE. Sposób riffowania i sklejania numerów stanowił za podwaliny dla tych najbardziej ekstremalnych gatunków ciężkiego grania, stąd wśród wielu szatanusów Carcass ma status kultowy. Grał tam Michael Ammott- ten sam kolo, który teraz gra w Arch Enemy. Reaktywowany zespół pocisnął trochę koncertów i wszyscy po cichu liczą na nowy krążek, ale raczej się na to nie zapowiada, gdyż stosunki między panami nie są za dobre. A szkoda, bo rozwiązania, styl, klimat z „Heartwork” to coś, co zawsze jawiło mi się jako dzieło wybitne, eklektyczne nieco i bezkompromisowe. Straszliwie dobra płyta, też dla tych, co to ekstremalnego metalu nie kochają. „No Love Lost”.

20. Spiral

 

Pora na małe odkrycie z naszego rodzimego poletka. Otóż panie i panowie, zespół o interesującej nazwie Spiral, robiący muzyczkę tak pokręconą jak rzeczona nazwa. Ciężko tu o jakieś konkretne skojarzenia- całość brzmi troszeczkę jak Tool z Bjork na wokalu, ale jest to maksymalnie uproszczone porównanie, bo twórczości zespołu nie sposób określić jakimś jednym prostym zdaniem. Bardzo pomysłowa rzecz- ostatni album „Urban Fable” to w zasadzie bajka oprawiona w muzykę- o czym bajka? Polecam skoczyć do sklepu i przekonać się samemu- bardzo warto. Zaskoczył mnie stopień w jakim muzycy żonglują klimatem, bawią się dźwiękami i jak dobrze potrafią manipulować słuchaczem- muzyka jest naprawdę obrazowa. Klimat jest rzeczywiście baśniowy, spokojnie można się rozpłynąć przy dźwiękach, które państwo serwują. A głos wokalistki przyprawia mnie o erekcję :P Nie zawsze jest tak wesoło- tu i tam pojawi się mityczne pierdolnięcie, gitary zasuną mocniejszym przesterem a gary zasieją tłustym beatem. Całość jest jednak zaskakująco spójna i nie mamy wrażenia, jakbyśmy słuchali kilku innych zespołów. Na uwagę zasługują też starsze kawałki, które mimo gorszej jakości nagrania nie ustępują jakością wykonawczą ani o centymetr. Kurde, życzę sobie więcej takich odkryć, moje życie byłoby weselsze i byłbym lepszym człowiekiem :P Z uwagi na różnorodność klimatów, tym razem lineczka do myspace:

http://www.myspace.com/spiralpl

21. Rust

Kolejny zespół z Polski, a konkretnie z Poznania. Instrumentalnie może nie rozpierdala tak jakbym tego chciał, ale ma pewien element, pewnego człowieka, która skłonił mnie do głębszej kontemplacji. W dodatku czyni on fach, który w naszym kraju szczególnie zdaje się być konsekwentnie olewany- jest Wokalistą. Tak tak, przez duże W! Człek o pseudonimie Michael Wave (kurwa jakie amerykańskie :P) ma takie potężne płuco, że jednym wysokim C zmiata wszystkich Piekarczyków czy innych Kupczyków- i nie ma w tym ani krzty przesady. Zespół jednak mógłby być ciut lepszy- nie mówię, że jest źle, panowie tną mocnego hard rocka, klimatem zawadzając czasem o jakieś BLS, jednak numery mogłyby być nieco bardziej zróżnicowane, ale wszystko jeszcze przed nimi. Sam wokalista powinien dostać dwie pozycje w tym artykule, powiadam! Wspieramy panów na rockfanie całym sercem i klawiaturą, bo talenty trzeba promować. Muzango do sprawdzenia na:

http://www.myspace.com/rust_n_roll

22. Entombed

 

Szwedzi posądzani o wynalezienie stylu zwanego przez niektórych „napierdalanie bez sensu i darcie ryja” a przez tych bardziej ogarniętych „death metal”. Nie na ich wspaniałych, olśniewających debiutach chciałbym się jednak skupić, a na późniejszym okresie. Otóż panowie, po stworzeniu jednego stylu wzięli się za tworzenie drugiego, który na luzie można określić „death’n’roll”. Brzmi interesująco, nie? I takie też jest, na późniejszych płytkach, począwszy od świetnej „Wolverine Blues” grana jest jakaś kosmiczna odmiana mega ciężkiego grania z rock’n’rollowym sznytem i takim też stylem riffowania i składania kawałków. Dla mnie osobiście w teorii zabrzmiało to tak nieprawdopodobnie jak Ojciec Rydzyk jeżdżący BMW z 83 roku, a jednak ma to sens i to ogromny! Bo numery mają taki przypierdol że proszę siadać. Wszystko jest okraszone tu i ówdzie pancurstwem, ale generalnie ma bujać, miażdżyć i ma być rokenrolowo. Kwintesencją tego stylu jest rewelacyjny album „To Ride, Shoot Straight And Speak The Thruth”, na którym są największe death’n’rollowe killery. Śmiało mogę powiedzieć, że ten zespół zmienił w dużym stopniu moje tworzenie muzyki i przesunął także w mojej głowie bariery i rozluźnił sznury schematów. Szkoda tylko, że nie wszyscy fani podzielają moje zdanie i zespół zdaje się wracać do swoich death’owych korzeni, co mnie nieszczególną radością napawa, bo to takie nowe było, piękne i tak wiele jeszcze do zrobienia zostało… No ale nie ma co zrzędzić, trzeba słuchać, tworzyć i doceniać- Damn Deal Done kurwa!

23. Gojira

 

Niechaj od dzisiaj Francja nie kojarzy wam się tylko z beretami, żabimi udkami i pedałami- zaprawdę powiadam. Oto masakrycznie dobra załoga z Francji, która potrafi tak przekwasić muzę, że czapa spada. Numery mają niesamowicie kopiące, to co wyczynia skład wprowadziło bardzo radykalny powiew świeżości do skostniałego z deczka światka szatana- bardzo charakterystyczny styl śpiewania, bębnienia, gitarzenia, nie wiem… klimat… oceaniczny? Ciężko to określić, ale generalnie jak słucham ich muzyki to czuje jakiś głęboki związek z siłami natury, może po części też dlatego, że teksty mają dość nietypowe, bo są bardzo zaangażowani w ekologię. Jeśli, nie przeszkadza wam growlowanie „GLOOOOOBAL WAAAAAAARMING”, to możecie śmiało sięgać :) Mówię wam, oni są już duzi a będą dużo więksi, bo mają spokojnie siłę, umiejętności i ikrę aby być w ścisłej światowej czołówce. Takich zespołów nam potrzeba, bez przebieranek, z bardzo wysokimi umiejętnościami które napędzają świetne pomysły. No i nazwa jest dobra, więc pół drogi do sukcesu już przebyte :) „Vacucity” jest tak potężnym utworem, że można się zamknąć w sobie. Nowa płytka jest ciut bardziej klasyczna od poprzedniej, ale chłopaki zdają się wręcz tryskać energią i jestem pewien, że będzie tylko lepiej. Że też u żabojadów takie coś… :) Na zachętę, mój ulubiony numer- Latające Wieloryby.

Uff, to już wszystko, co przygotowałem. Namęczyłem się nieźle, ale myślę, że było warto- w zalewie tego całego gówna, które nas otacza, solidna dawka czegoś jasnego i obiecującego jest niczym lek dla duszy.

 

Poza tym chciałem też pokazać, że „to coś” można znaleźć w całkowicie różnych gatunkach muzycznych i każdemu zachęcam poszerzanie horyzontów, bo bardzo łatwo przegapić moment, w którym zaczynamy się zwijać i powoli tracimy zapał do tego co robimy i do tego, czego słuchamy. I to nie tylko rozbija się o czytanie takich artykułów, trzeba szukać własnego miejsca, tworzyć własny światek, własny ołtarzyk muzyczny stawiany po to, żeby mieć czym koić udręczone sumienie. To nie jest tak, że przypisuję jakąś ideologię do słuchania muzy- absolutnie, w końcu to tylko muzyka, ale skoro jesteś na tym portalu, czytasz to, odpaliłeś chociaż jeden z powyższych numerów- na pewno znaczy to dla ciebie coś więcej- ba, jesteś od tego uzależniony i nie możesz przeżyć dwóch dni bez włączenia ulubionego krążka :) I powiem ci, że w pewnym stopniu jesteśmy tacy sami, tylko że ja jestem bardziej pierdolnięty na tym punkcie, bo kto normalny siedzi cały dzień pisząc jakiś jebany artykuł? :)

 

Tylko i aż muzyka. :)

 

Wiśnia dla rockfan.pl

 

 

Portret użytkownika hipis

Strasznie artystyczne te

Strasznie artystyczne te wszystkie propozycje, acz fakt, że to wszystko muzyka przez zajebiście wielkie M. Mi osobiście najbardziej brakuje popularnego rocka i metalu, który jednocześnie nie byłby wieśniacki i kalkowany. Ale ostatnio pojawiło się kilka na tyle ciekawych rzeczy, że chyba sam przycupnę i popełnię tekst o własnych objawieniach:), a przynajmniej promyczkach nadziei.

Rock and Roll, baranki!

Portret użytkownika gość

Mnie osobiście ostatnio

Mnie osobiście ostatnio zaskoczyło The Answer za pocinanie starego dobrego rock'n'rolla w wykonaniu godnym XXI wieku ;)

Portret użytkownika halek

Dobry ten kawałek Carcass. A

Dobry ten kawałek Carcass. A to znasz?

http://www.youtube.com/watch?v=1sKJccFlVlI

Kawał dobrego stonera :D

Dodaj swój komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <p> <div> <h1> <h2> <h3> <h4> <h5> <h6> <img> <map> <area> <hr> <br> <br /> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <table> <tr> <td> <em> <b> <u> <i> <strong> <font> <del> <ins> <sub> <sup> <quote> <blockquote> <pre> <address> <code> <cite> <embed> <object> <param> <caption>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.

Więcej informacji na temat formatowania

Mollom CAPTCHA (odtwórz plik dźwiękowy CAPTCHA)
Wpisz znaki, które widzisz na obrazku powyżej. Jeśli nie potrafisz ich odczytać wyślij formularz jeszcze raz. W takim przypadku zostanie wygenerowany nowy obrazek.