Coś dla miłośników ciężkich pierwiastków, zwanych metalami. Kawał potężnego thrashu w stylu Slayera z szatańskim growlem. Niby diabelstwa w tym nie ma, ale Kosmaty czasem wygląda zza węgła. Reszta to po prostu mocne, metalurgiczne granie, za to bardzo zmyślnie zagrane i wykoncypowane:).
Kapela jest stosunkowo młoda, za to składa się z doświadczonych grajków. Stanowi spuściznę po rozpadzie dwóch ostrołęckich składów, nazwa Empatic po raz pierwszy pada gdzieś koło 2005 roku. Panowie raczej nie przejmują się ogólnie przyjętymi stereotypami prezencji i zachowania „prawdziwego metalowca”, po prostu grają to, co im się podoba. Fascynacje muzyczne mają rozpięte bardziej od skrzydełek Orła Białego – od Death po Kazika. Ale to i dobrze – przynajmniej nudno nie jest. Inna sprawa, ze muzyka raczej przegięta jest w tą ciemna stronę.
Wszystko mieści się w granicach ciężkiego, metalowego grania. Oczywiście, ilu słuchaczy, tylu mędrców. Jeden dosłucha się tu death-metalu, inny black-metalu, jeszcze kolejny mędrek powie - „toż to typowy thrash”. A co słychać? Jest tak – wszystko leci naturalnie po wybitnie metalurgicznej skali, wokale growlują i nisko, i troszkę czasem po blackowemu, ale muza jest jak najbardziej strawna dla każdego fana metalu. Nie ma tu ani zwolnień tak radykalnych, że ślimak zdycha z nudów, ani temp tak szybkich, że młot pneumatyczny wpada w kompleksy. „Death-thrash metal środka”? Jeżeli to określenie nie jest zbyt głupie, to może i pasuje:P. Wokal zdecydowanie zaciemnia klimat – daje równo po strunach rycząc i charcząc, ale reszta kapeli na szczęście nie przegina w ekstremy metalowe, dzięki czemu nie tylko fanom radykalnych gatunków powinno się to spodobać. No i wszystko trzyma się kupy – kawałki mają początek, środek i koniec, panowie z Empatic nie silą się na stwarzanie jakichś niesłychanych symfonii po 30 minut i 50 riffów.
Zespół gra na zawodowym poziomie – po odsłuchaniu kawałków każdy uwierzy, że pochodzą one np. z wydanej profesjonalnie płyty. Muza jest okraszona bardzo milusimi solóweczkami, bębny huczą jak się patrzy (chociaż na nagraniu chyba raczej są triggerowane, czyli komputerowo „poprawiane”) a kawałeczki są podopieszczane wokalnie w stopniu, który sprawia, że słucha się całości z nieukrywana przyjemnością. No i na szczęście zespół nie idzie torem „wyglądam jak panda”, będąc sobą i stawiając na muzykę, a nie sztuczne krygowanie się na diabłów wcielonych. Warto, żeby każdy fan mocnego, metalowego grania zapoznał się z tym składem.
Muzolki można posłuchać sobie na Myspace, albo - można zassać ze stronki www
Dodaj swój komentarz